Parafia pw. Św. Marii Magdaleny
top

Święci

Św. Eugeniusz de Mazenod OMI

Św. Eugeniusz de Mazenod był postacią wybitną. Papież Jan Paweł II nazwał go patronem nowej ewangelizacji, człowiekiem adwentu, który przygotował nadejście naszych czasów oraz przybliżył przyjście Królestwa Bożego. Relikwiarz z relikwiami św. Eugeniusza Jan Paweł II ustawił na biurku w swoim pokoju, w którym pracuje.

Biskup Marsylii i Założyciel Zgromadzenia Misjonarzy Oblatów Maryi Niepokalanej urodził się w Aix-en-Provence, na południu Francji, w 1782 roku. Chociaż pochodził z rodziny szlacheckiej, nie miał bynajmniej beztroskiego dzieciństwa. Jako dziecko, z powodu wybuchu Rewolucji Francuskiej w 1791 roku, został zmuszony wraz z rodzicami do opuszczenia Francji. Przez 11 lat tułał się po terenie dzisiejszych Włoch. Tam też w czasie pobytu w Wenecji spotyka ks. Bartolo Zinelliego Już wtedy zaczęło się w nim rodzić pragnienie zostania kapłanem. Jednak później, w wyniku rzucenia się w wir życia towarzyskiego, zapomina o tym wezwaniu.

W 1802 roku powrócił do Francji, gdzie w pewien Wielki Piątek przed wizerunkiem Chrystusa ukrzyżowanego przeżył radykalne nawrócenie, którego konsekwencją było ponowne odkrycie w sobie powołania do kapłaństwa i całkowitego poświęcenia się Bogu. w wieku 26 lat wstępuje do seminarium św. Sulpicjusza w Paryżu. w roku 1811 otrzymuje święcenia kapłańskie. Jednak rezygnuje z pracy parafialnej i z proponowanego mu stanowiska wikariusza generalnego w Aix-en-Provence. Zakłada natomiast Stowarzyszenie Młodzieży Chrześcijańskiej i zajmuje się najuboższymi, ofiarami Rewolucji Francuskiej, m.in. opuszczonymi dziećmi, służącymi, robotnikami, a także jeńcami austriackimi. Ta ostatnia posługa omal nie zakończyła się śmiercią. Mieszkańcom miast i wsi prowansalskich głosi Ewangelię, posługując się dialektem prowansalskim a nie językiem francuskim, który dla biednych ludzi był niezrozumiały. Ludzie prości garnęli się do niego, ale jego szeroka działalność i poświęcenie się dla ubogich budziły do niego niechęć zarówno szlachty, z której się wywodził, jak i wielu okolicznych kapłanów.

Następnie, widząc że sam nie jest w stanie prowadzić tak wielkiego dzieła odnowy, zebrawszy kapłanów gorliwych o zbawienie dusz, zakłada w 1816 roku stowarzyszenie księży pod nazwą Misjonarze Prowansji. Głoszą oni kazania, rekolekcje i misje na terenie Prowansji. Stowarzyszenie to w 1826 roku zostało zatwierdzone przez papieża Leona XII jako Zgromadzenie Misjonarzy Oblatów Najświętszej i Niepokalanej Panny Maryi. Krótko potem, jeszcze za życia Założyciela, w 1841 roku oblaci wychodzą poza granice Francji, przecierając szlaki misyjne. Udają się najpierw do Kanady Północnej, (gdzie pracują wśród Indian, Eskimosów i drwali), a następnie do Stanów Zjednoczonych, Meksyku, na Cejlon (Sri Lanka) i do Południowej Afryki.

W roku 1832 św. Eugeniusz został mianowany biskupem Ikozji z siedzibą w Marsylii, co jego wrogowie wykorzystali przeciw niemu. Z tego powodu wiele wycierpiał. w 1837 roku objął rządy diecezją w Marsylii. Dla swoich diecezjan był prawdziwym ojcem. Przyjmował wszystkich, którzy tylko pragnęli się z nim spotkać. Potrzebujących wspierał słowem i materialnie. Sam jednak, mimo że liczono się z nim w całej ówczesnej Francji, żył skromnie. Często można było spotkać biskupa Eugeniusza, jak piechotą udawał się do chorych lub rozmawiał z przekupkami na rybnym targowisku. Równie często, gdy nie wiedziano, gdzie się podziewa, szukano go w kościołach Marsylii, w których zwykł się modlić.

Ojciec Eugeniusz umarł 21 maja 1861 roku w Marsylii. w ostatnich chwilach życia, pełen pokoju, otoczony rzeszą oblatów, modlił się. Do oblatów powiedział między innymi: "Umieram szczęśliwy, bo dobry Bóg raczył mnie wybrać, aby utworzyć w Kościele Zgromadzenie Misjonarzy Oblatów Maryi Niepokalanej". Zostawił też swój duchowy testament dla członków założonego przez siebie Zgromadzenia: "Bardzo praktykujcie między sobą miłość, miłość, miłość, a na zewnątrz gorliwość o zbawienie dusz". Heroiczność jego miłości i gorliwości o zbawienie dusz została potwierdzona przez Kościół. Został beatyfikowany przez papieża Pawła VI w niedzielę misyjną 19 września 1975 roku, a kanonizowany przez Jana Pawła II 3 grudnia 1995 roku.

Apostoł rozmiłowany w Chrystusie i sługa Kościoła, Eugeniusz de Mazenod, stał się natchnieniem nie tylko dla Misjonarzy Oblatów Maryi Niepokalanej, ale także dla ponad czterdziestu stowarzyszeń życia zakonnego, wielu świeckich należących do Misyjnego Stowarzyszenia Maryi Niepokalanej oraz pragnących żyć oblackim charyzmatem oraz dla wielu młodych pociągniętych ideałem jego życia.

 

 

Bł. Józef Gerard

 

Przyszedł na świat 12 marca 1831 r. w małej lotaryńskiej wiosce Bouxieres - aux - Chenes. Jak wszyscy młodzi chłopcy w Lotaryngii został pasterzem i tak całe dnie spędzał samotnie przy stadzie. Monotonia tego pasterskiego życia bywała przery- wana, kiedy z rodziną udawał się w pielgrzymce do Matki Bożej Dobrej Rady w Nancy albo do Jej stóp w Sion.
Droga życia zakonnego
Jego misjonarskie powołanie zaczęło się właściwie kształtować wówczas, gdy proboszcz - ks. Cayens - opowiadał mu o smutnym losie afrykańskich plemion. Również dwaj inni misjonarze - obaj Oblaci Maryi Niepokalanej - wywarli na niego jeszcze większy wpływ. Mając 20 lat, wstąpił do oblackiego nowicjatu w Notre Dame de l`Osier. Józef Gerard głęboko zżył się ze Zgromadzeniem, które odtąd stało się jego Rodziną. Będąc jeszcze w nowicjacie, 7 marca 1852 r. otrzymał obediencję do Natalu w Afryce Południowej, a w maju 1853 r. ostatecznie opuścił Francję.
Kapłaństwo
Po ośmiu miesiącach od opuszczenia Francji, 21 stycznia 1854 r. dociera wraz z dwoma oblatami: o. Barret OMI i br. Bernard OMI do Natalu. Była to w jego życiu ostatnia podróż. Trzy tygodnie później został wyświęcony na kapłana w Pietermaritzburgu przez biskupa Allarda. Zaczęła się więc misja, której początek nie był łatwy. Po kolejno poniesionych trzech porażkach, dla o. Józefa zaczął się drugi etap misjonarskiego życia - ewange- lizacja Basutosów.
Misjonarz Natalu
Dzień 1 listopada 1863 r. można przyjąć jako prawdziwy start apostolskiej działalności. Wędrownemu misjo- narzowi przypadło nawracać szczepowych kacyków, pomagać ubogim, starym i chorym, uczyć prawd wiary pasterzy, demaskować czarowników i czarownice. Całe jego posługiwanie zaczyna się odtąd odbywać konno, aby umożliwić niekończące się objazdy po górach. O. Gerard nie znał się na sztuce, ale za to wykazywał talent duchowego architekta, rzeźbiarza ludzkich dusz, umiejąc pomagać w budowaniu żywego i kwitnącego Kościoła. U podstaw tej duchowej budowli postawił katechizację. "Panie - często modlił się - daj mi łaskę, bym do szaleństwa kochał moje zadanie katechety... bym uczynił mocnymi tych chrześcijan, którzy by dobrze poznali świętą religię i dlatego Ciebie kochali". Jego apostolska miłość powoli zwyciężała Basutosów, którzy początkowo nie dowierzali kapłanom katolickim; przez tę miłość stał się też wielkim przyjacielem młodzieży.
Misja św. Moniki
W 1876 r. biskup Jolivet wybrał o. Gerard na założyciela misji w pogańskiej okolicy, znanej z rozwiązłych obyczajów, którą nazwano misją św. Moniki. Podczas długiego, 20 letniego pobytu na misji św. Moniki ogarnęło go "szaleństwo dusz". Całe dnie jeździł na swoim koniu Artabanie w poszukiwaniu Basutosów, a kiedy nastawała noc, wracał wyczerpany, przy blasku świecy odmawiał brewiarz i aby nie zasnąć przy nim, akompaniował sobie na starym harmonium. O. Józef wrócił na misję Roma w 1897 r. Pomimo wyczerpania, wciąż narażał się na wszelkie możliwe niebezpieczeństwa, z których zawsze szczęśliwie wychodził. Dlatego też nadano mu przydomek "Ramehlolo" - ojciec cudów. Do ostatnich chwil swego życia czuł ogromną potrzebę głoszenia Chrystusa. Przykuty do łóżka w czasie choroby, wołał do siostry i pytał "Gdzie jest mój Artaban? Chcę pojechać, aby odwiedzić chorych.
Śmierć
29 maja 1914 r. oddał swoją duszę Bogu, wezwany przez Niego do Nieba. Jego pogrzeb stał się prawdziwym triumfem. Na cmentarzu szef Maama żegnał umiłowanego kapłana, kończąc słowami: "muszę przyznać, że o. Gerard był takim człowiekiem, któryby tak powiedzieć nie brał do ust pożywienia, bo on karmił się modlitwą. Gdyby modlitwą można było nakarmić ludzi, dawno by on dał ją nam, Basutom, do jedzenia".

15 września 1988 r. w Maseru papież Jan Paweł II ogłosił go błogosławionym.

 

Bł. Józef Cebula

Lata młodości (1902-1921)
O. Józef Cebula rodził się 23 marca 1902 roku w Malni na Opolszczyźnie. Ojciec był żeglarzem na Odrze i uprawiał ziemię, a matka była prostą i pobożną kobietą. Miała jeszcze dwójkę rodzeństwa.

W wieku 6 lat zaczął uczęszczać do szkoły podstawowej i pomagał rodzicom w pracach polowych. Po ukończeniu szkoły powszechnej uczył się w Seminarium Nauczycielskim w Opolu. w 1918 roku ciężko zachorował. Po odbytej rok później operacji uznany został za nieuleczalnie chorego i przewieziono go do domu. Tam dzięki troskliwej opiece szybko powrócił do zdrowia. w kwietniu 1920 roku rozpoczął naukę w polskim gimnazjum ks. Rozwadowskiego w Lublińcu. Mieszkał na stancji.

Z wyglądy był chudy i blady, a twarz rozjaśniał łagodny uśmiech. Był raczej człowiekiem małomównym. Każdego dnia służył ks. Rozwadowskiemu do Mszy św. Szykany niemieckie wobec Polaków dotykały także chłopców uczących się w polskim gimnazjum. Wkrótce, wobec nasilenia się akcji represyjnych, gimnazjum w Lublińcu zostaje zamknięte.

O. Cebula we wrześniu 1920 roku trafia do Niższego Seminarium Duchownego Misjonarzy Oblatów Maryi Niepokalanej w Krotoszynie. Zgromadzenie poznał przez o. Pawołka, który pomagał w sanktuarium Matki Bożej w Piekarach na Śląsku. Warunki mieszkaniowe w Krotoszynie były dość prymitywne. Okres ten stanowił twardą szkołę życia dla o. Cebuli. Tam też 30 czerwca 1921 roku zdał egzamin maturalny.

Droga życia zakonnego (1921-1931)
Po ukończeniu Niższego Seminarium Duchownego w Krotoszynie o. Józef Cebula wstąpił do nowicjatu w Markowicach koło Inowrocławia, a w 1922 roku złożył swoje pierwsze śluby zakonne. Mistrz nowicjatu, o. P. Czakaj, wystawił mu bardzo dobre świadectwo.

Następnie został wysłany na studia do Liege w Belgii, gdyż w Polsce nie było jeszcze Wyższego Seminarium Duchownego. Tam też przełożeni zakonni wydawali o nim jak najlepsze opinie. Po pierwszym roku studiów filozoficznych zostaje odwołany do Polski, do Lublińca, gdzie samodzielnie kontynuuje studia i udziela lekcji w Niższym Seminarium Duchownym.

W 1925 roku złożył w Krobi swoje śluby wieczyste. Uważano go za wzorowego zakonnika, dobrego profesora i pilnego studenta, dlatego wszelkie opinie z tego okresu były bardzo dobre. Przeszedł wszystkie stopnie na drodze do kapłaństwa: tonsura i święcenia niższe (1925 r.); subdiakonat (1926 r.). Święceń diakonatu udzielił mu o. bp Guyonard z Cejlonu (dziś Sri Lanka) w styczniu 1927 roku, a w czerwcu tegoż roku został wyświęcony na kapłana przez bpa Lisieckiego w Katowicach. w 1928 roku otrzymał pierwszą obediecję i przydzielony został do Polskiej Prowincji.

Przełożony w Lublińcu (1931-1937)
O. Józef Cebula był cenionym profesorem, wychowawcą, spowiednikiem i zakonnikiem. O. T. Nandzik przygotowywał go jako swego następcę w Niższym Seminarium Duchownym w Lublińcu. Takie rozwiązanie poparł też ówczesny prowincjał o. Kowalski.

W 1931 roku zostaje przełożonym domu. w tym okresie liczba uczniów Niższego Seminarium Duchownego wahała się od 220 do 270. w 1935 roku w kaplicy domowej ustawiono dwa nowe ołtarze boczne i wykonano nowe ławki oraz rozpoczęto budowę groty Matki Bożej w Lourdes, której budowa została ukończona w roku 1937.

O. Cebula cały czas starał się poprawić trudne warunki bytowe seminarium. Troszczył się także o formację duchową. Choć nie miał szczególnego daru wymowy, to jednak chętnie był słuchany, gdyż słowa popierał świadectwem swego życia.

Nominacja na Prowincjała (1936)
Propozycja wyszła z samego Rzymu, gdzie o. Cebula uważany był za człowieka odpowiedniego na to stanowisko. Poproszono więc, aby przyjechał na konsultacje do Rzymu.

Nie czuł się on jednak na siłach, aby podjąć się tak odpowiedzialnego zadania. Jednak jako dobry zakonnik gotów był przyjąć wolę przełożonych. Podał jednak argumenty, które przemawiają przeciw tej nominacji: słabe zdrowie, brak doświadczenia i zręczności w kierowaniu ludźmi, nieśmiałość, brak daru organizacji i znajomości spraw finansowych. Po analizie tych racji Rzym mianował na jego miejsce o. B. Wilkowskiego.

Mistrz nowicjuszy w Markowicach (1937-1940)
w 1937 roku, po zakończeniu kadencji przełożonego w Lublińcu, został mianowany przełożonym domu w Markowicach i mistrzem nowicjuszy. Liczba nowicjuszy w tym czasie sięgała 20 osób, a cała wspólnota liczyła ok. 60. O. Cebula szczególny nacisk położył na pogłębienie życia duchowego.

We wrześniu 1939 roku rozpoczęła się wojna. Niemcy napadli na Polskę. Wspólnota markowicka powiększyła się do ok. 130 osób, przyjmując oblackich uciekinierów z Obry i innych domów.

Część zakonników w Markowicach została skierowana we wrześniu do pracy przymusowej na miejscowym folwarku, a w październiku został na wszystkich nałożony areszt domowy. w razie ucieczki któregoś z domowników przełożony domu, o. Józef Cebula, miał ponieść śmierć. O. Cebula starał się w tym czasie o zorganizowanie w miarę normalnego życia klasztornego. w listopadzie 1939 roku na krótko zatrzymano o. Cebulę jako zakładnika, ale został zwolniony po kilku dniach.

7 grudnia zarządca majątku w Markowicach wydał rozkaz burzenia następnego dnia, w uroczystość Niepokalanego Poczęcia Matki Bożej, figur Matki Bożej w dwóch okolicznych kapliczkach. O. Cebula sprzeciwił się temu rozkazowi, mówiąc swoim podwładnym: "Kto chce być Oblatem, ten do rozbijania figur nie pójdzie". Całe zdarzenie, pomimo całej grozy, zakończyło się dobrze.

W tym czasie w Markowicach było pozwolenie na odprawianie jednej Mszy św. niedzielnej w przyklasztornym kościele, dlatego też Ojcowie służyli w miarę możliwości miejscowej ludności poprzez sakramentalną posługę.

W 1940 roku aresztowano 16 zakonników markowickiego klasztoru i wywieziono ich do obozów koncentracyjnych w Dachau i Gusen. Zginęło 4 z nich. Na pozostałych w Markowicach zakonników wywierano presje, aby się zrzekli wykonywania czynności kapłańskich. Zaś w sierpniu wywieziono z klasztoru wszystkich Ojców z wyjątkiem oo. Cebuli i Nawrata. Ten ostatni wkrótce wyjechał na Śląsk, a o. Cebula pozostał w klasztorze sam z kilkoma braćmi zakonnymi. w październiku otrzymali oni rozkaz opuszczenia klasztoru, ale miesiąc później o. Cebula mogł do niego powrócić.

Mimo zakazu - wykonywał kapłańskie obowiązki (1940-1941)
O. Cebula uzyskał pozwolenie na odprawianie jednej Mszy św. w parafiach w Ludzisku i Rzadkwinie. Nie wolno mu było jednak udzielać sakramentów i wykonywać innych posług kapłańskich. Nie wypełnił jednak tego rozkazu. Zachowując ostrożność spieszył do potrzebujących. Wczesnym rankiem lub późnym wieczorem w ubraniu cywilnym szedł do domów, aby chrzcić, udzielać ślubów oraz zaopatrywać chorych i umierających.

W tym czasie mieszka w klasztorze, w pokoju z jednym bratem zakonnym. W dzień jest zwykłym robotnikiem, a w nocy potajemnie odprawia codzienną Mszę św. W lutym 1941 roku dostaje całkowity zakaz sprawowania czynności kapłańskich. W dalszym ciągu jednak, wierny swojemu sumieniu i Bogu, udziela sakramentów. Na skutek doniesienia zostaje aresztowany 2 kwietnia 1941 roku.

W obozie koncentracyjnym w Mauthausen (18 kwietnia - 9 maja 1941)
Najpierw o. cebula zostaje przewieziony do obozu przejściowego w Inowrocławiu. Dzień później przywieziono tam też ks. bpa Michała Kozala (1893-1943), beatyfikowanego w 1987 roku, wraz z grupą 8 księży diecezji włocławskiej. Zostali oni potem wywiezieni do Sachsenhausen i Dachau.

O. Józef Cebula został przewieziony do jednego z najcięższych obozów koncentracyjnych w Mauthausen koło Linzu w Austrii. Dotarł tam 18 kwietnia i przebywał około 3 tygodni. Nim trafił na blok, jak zeznają świadkowie, był strasznie torturowany, a następnie kilkakrotnie maltretowany tylko z tego powodu, że był kapłanem: kazano mu przy tym śpiewać pieśni, odprawiać Mszę św. i wyśmiewano się z jego wiary. Wreszcie skierowano go do ciężkiej kompanii.

Śmierć
Został zabity 9 maja 1941 roku po trzech tygodniach przebywania w obozie. Pędzony na druty otaczające obóz, zginął od kul karabinu maszynowego zastrzelony przez jednego z wartowników. Był śmiertelnie ranny, ale żył jeszcze... Zmarł w wyniku odniesionych ran. Jego ciało zostało spalone w krematorium.

Proces beatyfikacyjny
Po beatyfikacji bpa Michała Kozala w 1987 roku, zaczęto myśleć o dołączeniu w procesie kanonizacyjnym wielu innych męczenników z okresu II wojny światowej. Zaczęto zgłaszać kandydatów z diecezji zgromadzeń zakonnych. Polska Prowincja Misjonarzy Oblatów Maryi Niepokalanej po rozpatrzeniu kilku kandydatów, wybrała właśnie o. Józefa Cebulę. w 1988 roku pozwolono na rozpoczęcie oficjalnego procesu beatyfikacyjnego. w grudniu 1989 roku Konferencja Episkopatu Polski postanowiła otworzyć proces, a w 1991 roku sprawę powierzono biskupowi we Włocławku. Na takie rozwiązanie w 1992 roku wyraziła zgodę Kongregacja ds. Świętych. Proces objął ogółem 108 osób z 17 diecezji, ordynariatu polowego i 22 zgromadzeń zakonnych. Postulatorem został mianowany ks. dr Tomasz Kaczmarek. Do pomocy zostali powołani wicepostulatorzy, których było 37. Wśród nich znalazł się o. dr Kazimierz Lubowiski OMI, który zajmował się sprawą o. Józefa Cebuli.

W 1994 roku we Włocławku zakończono proces informacyjny i akta przekazano do Rzymu. W dwa lata później ukazała się książka pt. "Męczennicy za wiarę 1939 - 1945" z życiorysami poszczególnych kandydatów na ołtarze. Biogram o. Józefa Cebuli opracował wicepostulator jego sprawy.

Po przeanalizowaniu akt sprawy, 20 listopada 1998 roku w Kongregacji ds. Świętych odbyła się dyskusja teologów, którzy jednomyślnie orzekli autentyczność męczeństwa za wiarę w sensie teologicznym wobec wszystkich kandydatów na ołtarze. Natomiast 16 lutego 1999 roku jednomyślnie w tej sprawie wypowiedziała się "Kongregacja Kardynałów i Biskupów" tejże Kongregacji ds. Świętych. Uroczystość beatyfikacyjna obyła się w Warszawie 13.06.1999 roku.

Bł. Francisco Esteban Lacal i towarzysze.

MĘCZENNICY OBLACCY
„Do zastępów wielkich męczenników zaliczają się także hiszpańscy chrześcijanie, straceni w latach 1936-1939 z powodu wyznawanej wiary (…) Działo się to w czasie, gdy przeciwko Kościołowi, jego członkom i instytucjom, rozpętano orgię prześladowań. Ze szczególną nienawiścią i okrucieństwem odnoszono się do biskupów, księży i w ogóle ludzi związanych z Kościołem; ich jedyną winą – jeśli można się tak wyrazić – była wiara w Chrystusa, głoszenie Ewangelii i prowadzenie ludzi na drogę zbawienia. Wrogowie Chrystusa i jego nauczania żywili przekonanie, że dokonując eliminacji duchownych spowodują zupełne zniknięcie kościoła w Hiszpanii.” (Jan Paweł II, Dekret Kongregacji Spraw kanonizacyjnych, 1992)

OFIARY PRZEŚLADOWAŃ RELIGIJNYCH
Okres między 1936 a 1939 to lata krwawych prześladowań kościoła hiszpańskiego. W tym czasie tysiące ludzi padło ofiarą przemocy: wystarczyło przyznać się do wyznawania wiary lub nosić habit, być księdzem lub zakonnikiem, a nawet zwyczajnym świeckim, nieobojętnym na sprawy wiary, by narazić się na tortury lub śmierć przez rozstrzelanie.

Antonio Montero, kapłan i dziennikarz, obecnie emerytowany arcybiskup, na kartach rozprawy doktorskiej Historia prześladowań religijnych w Hiszpanii (Historia de la persecución religiosa en España) podaje, że w owych czasach życie straciło 6 932 ludzi związanych z kościołem: 12 biskupów, 4 172 kapłanów, 2 365 zakonników i 283 zakonnic. Liczba zamordowanych świeckich katolików okazała się trudna do ustalenia.

Było to męczeństwo w pełnym tego słowa znaczeniu. Już wtedy takim określeniem posługiwali się ówcześni hiszpańscy biskupi oraz papież Pius XI. Tak też rozumieli to wierni świadczący tym wydarzeniom i do dziś czekają na to, by Kościół publicznie nazwał rzecz po imieniu.

HISTORIA MĘCZENNIKÓW Z POZUELO
Również męczeństwo 22 oblatów – księży, braci i scholastyków z Pozuelo de Alarcón (Madryt) – wpisuje się w ogólną ówczesną atmosferę nienawiści i antyreligijnego fanatyzmu.

Misjonarze Zakonu Oblatów Maryi Niepokalanej osiedli w Estación w okolicach Pozuelo w 1929 roku. Nieśli posługę kapłańską na rzecz trzech zgromadzeń żeńskich a także oddawali się pracy duszpasterskiej w trzech parafiach, gdzie słuchali spowiedzi i wygłaszali kazania, szczególnie w okresie Wielkiego Postu i Wielkiego Tygodnia. Do ich obowiązków należało także nauczanie katechizmu w czterech sąsiednich parafiach; oblacki chór śpiewał w czasie liturgii. Ich religijna działalność ściągnęła na siebie uwagę komitetów rewolucyjnych (socjalistów, komunistów i zradykalizowanych aktywistów związków zawodowych), które działały w regionie Estación. Myśl, że „mnisi” (jak ich nazywali) podtrzymują życie religijne w okolicy Pozuelo nie dawała im spokoju. A już to, że zakonnicy chodzili po ulicach w sutannach z widocznym oblackim krzyżem, niesamowicie ich rozdrażniało. Właśnie religijna działalność misjonarzy oblatów coraz bardziej kłuła w oczy marksistowskich aktywistów.

Oblaci nie dawali się zastraszyć. Zachowywali się roztropnie, zachowywali spokój i nie odpowiadali na obraźliwe zaczepki. Żaden z zakonników w żadnych okolicznościach nie włączał się w jakąkolwiek działalność polityczną. Przeciwnie, bracia zajmowali się duchową i umysłową formacją i sprawowali służbę duszpasterską, czyli robili to, co należało do zadań zgromadzeń duchownych.

Choć wrogie posunięcia ze strony rewolucjonistów wzmagały się, przełożeni oblatów w najczarniejszych nawet snach nie przypuszczali, że dojdzie do tego, do czego doszło. Nie wyobrażali sobie, że staną się obiektem tak wielkiej nienawiści z powodu wiary w Boga i działalności w imieniu Jezusa Chrystusa.

20 lipca 1936 młodzieżówka socjalistyczna i komunistyczna wyszła na ulice i zaczęła podpalać kościoły i zakony, zwłaszcza w Madrycie. Z kolei milicja z Pozuelo zaatakowała kaplicę w regionie Estación; wyrzucano na ulice szaty liturgiczne, obrazy oraz figury i w akcie niepohamowanej świętokradczej orgii podpalano je. Następnie milicjanci spalili kaplicę i udali się z podobnym niszczycielskim zamiarem do miejscowej parafii.

22 lipca o godzinie piętnastej, duży oddział milicji, uzbrojony w karabiny i pistolety, przystąpił do szturmu na dom oblatów. Najpierw spędzili 38 zakonników i zamknęli w małym pomieszczeniu, którego strzegła uzbrojona straż. Chwila była niezwykle dramatyczna, gdyż wydawało się, że nadeszła godzina ich śmierci. Trudno było się spodziewać czegoś innego, mając na uwadze nerwowe, prostackie i samowolne zachowywanie się członków milicji.

Następnie milicjanci rozpoczęli drobiazgowe przeszukiwanie domu, mając nadzieję na znalezienie broni. Znaleźli jednak tylko święte obrazy, krzyże, różańce i szaty liturgiczne. Wszystkie te przedmioty wyrzucali w dół klatki schodowej, by móc je potem spalić na ulicy.

Z oblatów uczyniono więźniów we własnym domu; sprowadzono ich do refektarza, gdzie były zakratowane okna. Tak wyglądało ich pierwsze więzienie.

Dnia 24, mniej więcej o trzeciej nad ranem, odbyły się pierwsze egzekucje. Bez śledztwa, bez wyroku, bez procesu, bez możliwości obrony, wywołano siedmiu zakonników. Pierwszymi, których skazano, byli:

Juan Antonio PÉREZ MAYO, kapłan i wykładowca, lat 29.
Manuel GUTIÉRREZ MARTÍN, brat zakonny, subdiakon, lat 23.
Cecilio VEGA DOMÍNGUEZ, brat zakonny, subdiakon, lat 23.
Juan Pedro COTILLO FERNÁNDEZ, brat zakonny, lat 22.
Pascual ALÁEZ MEDINA, brat zakonny, lat 19.
Francisco POLVORINOS GÓMEZ, brat zakonny, lat 26.
Justo GONZÁLEZ LORENTE, brat zakonny, lat 21.

Bez jakichkolwiek wyjaśnień załadowano ich na samochody i zawieziono na miejsce męczeństwa. Pozostałych zakonników nadal przetrzymywano w domu zakonnym, gdzie oddawali się modlitwom i przygotowaniom na śmierć.

Ktoś, być może był nim burmistrz Pozuelo, powiadomił Madryt o zagrożeniu, w jakim się ci pozostali zakonnicy znajdowali. Tego samego dnia 24 lipca przyjechała ciężarówka, by zabrać tę resztkę do gmachu Głównego Urzędu Bezpieczeństwa. Nazajutrz, po wypełnieniu jakichś formularzy, niespodziewanie wypuszczono ich. Zaczęli więc szukać schronienia w prywatnych domach. Prowincjał podtrzymywał pozostałych na duchu i udzielał im Komunii Świętej. Ale w październiku ponownie zaczęto ich prześladować, ponownie ich aresztowano i wsadzono do więzienia.

Tu cierpieli głód, zimno, strach i poczucie zagrożenia. Zachowały się zeznania tych, którzy przeżyli, jak z heroiczną cierpliwością godzili się oni z położeniem, w którym się znaleźli. Panował wśród nich duch miłości oraz modlitewny nastrój.

W listopadzie dla większości z nich nadeszła ostatnia stacja ich drogi krzyżowej. Dnia siódmego tego miesiąca stracono dwóch z nich: José VEGA RIAÑO, księdza i formatora, lat 32, i brata zakonnego Serviliano RIAÑO HERRERO, lat 30, który, gdy wezwano go na egzekucje, zdołał przejść koło celi ojca M. Martina i poprosić o udzielenie rozgrzeszenia. Kolej na trzynastu pozostałych przyszła dwadzieścia dni później. Wszyscy zostali poddani tym samym udrękom. Nie było oskarżenia, sądu, obrony, żadnych wyjaśnień: jedynie odczytanie ich imion przez donośne głośniki.

Francisco ESTEBAN LACAL, przełożony prowincji, lat 48.
Vicente BLANCO GUADILLA, przełożony zakonu, lat 54.
Gregorio ESCOBAR GARCÍA, świeżo wyświęcony ksiądz zakonny (czerwiec 6, 1936), lat 24.
Juan José CABALLERO RODRÍGUEZ, brat zakonny, subdiakon, lat 24.
Publio RODRÍGUEZ MOSLARES, brat zakonny, lat 24.
Justo GIL PARDO, brat zakonny, diakon, lat 26.
Ángel Francisco BOCOS HERNÁNDEZ, brat koadiutor, lat 54.
Marcelino SÁNCHEZ FERNÁNDEZ, brat koadiutor, lat 26.
José GUERRA ANDRÉS, brat zakonny, lat 22.
Daniel GÓMEZ LUCAS, brat zakonny, lat 20.
Justo FERNÁNDEZ GONZÁLEZ, brat zakonny, lat 18.
Clemente RODRÍGUEZ TEJERINA, brat zakonny, lat 18.
Eleuterio PRADO VILLARROEL, brat koadiutor, lat 21.

Wiadomo, że 28 listopada 1936 wywleczono ich z więzienia i zawieziono do Paracuellos de Jarama, gdzie pozbawiono ich życia. Pewien zakonnik, który znajdował się w innej ciężarówce, związany rękami z ojcem Delfinem MONJE (obaj cudownie ocaleli, gdyż na miejscu egzekucji ułaskawiono ich), powiedział towarzyszowi niedoli:
Ojcze, udziel mi absolucji generalnej i zmów akt skruchy, gdyż zbliża się koniec. Tenże ksiądz 18 lat później żalił się: Szkoda, że wtedy nie umarłem! Już nigdy nie będę tak dobrze przygotowany [na śmierć]!

Nie udało się uzyskać zeznań bezpośrednich świadków egzekucji dokonanej na owych trzynastu sługach bożych. Mamy jedynie zeznanie grabarza: Jestem całkowicie pewien, że 28 listopada 1936 jakiś ksiądz albo zakonnik prosił milicjantów, by mu pozwolili pożegnać się z braćmi i udzielić im rozgrzeszenia, na co mu zezwolono. Gdy skończył, powiedział donośnym głosem: „Wiem, że nas zabijacie dlatego, że jesteśmy katolickimi zakonnikami. Tak, jesteśmy. Tak ją, jak mi moi towarzysze przebaczamy wam z serca. Niech żyje Chrystus Król!” Byli tam także członkowie innych zakonów, ale z tego, co nam wspomniany świadek powiedział, przytoczone słowa wypowiedział prowincjał oblatów.

Gregorio Escobar, świeżo wyświęcony ksiądz, napisał wcześniej do rodziny: Zawsze głęboko wzruszały mnie historie o męczeństwie, które były częścią historii Kościoła. Czytając je, odczuwałem skryte pragnienie, by móc podzielić los męczenników. Byłoby to najlepsze kapłaństwo, jakiego chrześcijanie mogą sobie życzyć, gdyby każdy z nas złożył Bogu własne ciało i krew jako ofiarę całopalną za wiarę. Wspaniale byłoby umrzeć jako męczennik!

W procesie diecezjalnym wykazano, że każdy z nich zmarł, wyznając wiarę i wybaczając prześladowcom i że wbrew psychicznemu znęcaniu się, jakiemu podlegali w czasie uwięzienia, żaden z nich nie wyparł się ani nie utracił wiary, ani też nie żałował, że wszedł kiedyś na drogę powołania religijnego.

Dlatego też członkowie rodzin, bracia oblaci a także lud wiernych, który poznał ich oddanie aż po śmierć, jednomyślnie i od samego początku uznawali ich za męczenników i zanosili modły do Boga, by Kościół uznał ich heroizm i ogłosił ich wobec wszystkich wiernych jako męczenników.

17 grudnia 2011 ich ogłoszono błogosławionymi.

 

2017  Parafia pw. św. Marii Magdaleny we Lwowie